sobota, 14 listopada 2020

Jednak lepiej

 W sensie walczę o sens i radość. Z różnym skutkiem ale generalnie do przodu. 

Ja wiem kiedy trzeba już się wspomóc farmakologią, nie jestem głupia a i doświadczenie mam w tej kwestii. W apteczce mam zapas mojego leku od lekarza, schemat dawkowania znam. I to, że on tam jest daje mi jakieś takie poczucie bezpieczeństwa. Wiem doskonale, że trzeba poczekać na wysycenie organizmu lekiem. Jechałam na leku ponad dwa lata, raz zrobiłam przerwę bo myślałam że już ok ale po pewnym czasie stwierdziłam, że jednak lecę do lekarza i niech sam oceni. Ocenił, kazał kontynuować więc posłuchałam. Teraz przestałam brać kiedy to on zalecił ale dał na wszelki wypadek zapas na trzy miesiące który skrupulatnie wykupiłam. I ufam temu lekarzowi bo jest dobrym fachowcem. 

Swego czasu uspokoił mnie jednym zdaniem, że są ludzie, którzy na małych dawkach będą musieli być zawsze, bo taka ich chemia mózgu, i że należy to traktować nie jako porażkę czy defekt ale raczej jak fakt, że niektórzy muszą zawsze brać leki np. na nadciśnienie. I tyle. I trzeba żyć i tym życiem się cieszyć. 

To tyle w temacie leczenia depresji. Jednego tylko żałuję, że wiele lat niepotrzebnie miałam opory przed rozpoczęciem leczenia. 

Ale po bardzo bardzo ciężkich doświadczeniach z opieką nad moją śp. Mamą a potem z teściową i teściem plus inne moje życiowe uwarunkowania, o których kto pamięta ten wie, że miłe nie były, w pewnym momencie stwierdziłam, że już dość cierpienia i chcę zacząć walczyć o siebie.

No i po pewnym czasie zaczęłam inaczej patrzeć na życie.

Zawalczylam o siebie. Zupełnie inaczej zaczęłam widzieć wszystko. Pozytywnie. 

W pewnym momencie, po długich bojach sama ze sobą podjęłam decyzję, że nie warto się kłócić i denerwowac. Swoje zrobiłam, dzieci wychowałam, jedno dorosłe a drugie, cóż, będzie musiało jakoś poukładać sobie w głowie zmianę sytuacji. 

I znalazłam mieszkanie, wynajęłam i pewnego dnia spakowałam dwie torby i wsiadłam w taksówkę.

Syn wiedział, że może być i u mnie i u ojca albo i tu i tu. Że kochamy go obydwoje i że nie ma w tym wszystkim żadnej jego winy. 

Najbardziej bałam się że nie poradzi sobie z tym, ale poradził sobie chyba dobrze. Nie wciagalismy dzieci w swoje własne problemy ani dyskusje. Jasno powiedziałam, że to są nasze, dorosłych sprawy i nie mają żadnego związku z tym, jakimi są dziećmi. I zawsze podkreślałam, że ojciec jest świetnym ojcem i kocha ich tak samo jak ja. 

A spokoj i szczęście samotnego mieszkania to było to! Jak mnie to wzmocniło! Jak odpoczęłam! Jak rozkwitłam! :-)

Mąż najpierw nie dowierzał. Potem był wściekły. Potem myślał, że sobie nie poradzę finansowo. Kiedy zmieniłam mieszkanie na większe, z kawalerki na dwupokojowe żeby syn miał swój pokój, coś dotarło. Kiedy zobaczył, że radzę sobie doskonale i jeszcze widać jak mi dobrze, zrozumiał, że nie przelewki.

I nagle mu się odmieniło. Z wściekłości i niedowierzania przeszedł do walki o mnie i o nas.

Do tego wrócę kiedyś ale do brzegu, szkoda mi było tych 30 wspólnych lat. Postanowiłam dać szansę. No i syn jednak się bardzo bardzo ucieszył. 

Bywa różnie ale jest o wiele inaczej i lepiej niż dotąd.  Nie wiem co będzie dalej ale wiedza, że dam radę w każdej sytuacji jest bezcenna i daje niesamowitą siłę. 

I tak to optymistycznie  skończę na dziś.

Zdrowia życząc Wam wszystkim. 

sobota, 31 października 2020

Stara dobra znajoma

 Czai sie. Myślałam, że ją już pożegnałam. Dwa lata przeganiałam precz z mojego życia i wydawało się, że skutecznie. Znów miałam siłę, plany, ochotę na życie. Znów podobałam się sobie. Książki były ciekawe, jedzenie miało smak i warto było wstawać z łóżka. Powoli, w porozumieniu z lekarzem zmniejszyłam dawkę leku a potem powoli przestałam brać w ogóle.

Potem chyba zrobiłam błąd.

Wróciłam do dawnego życia.

Uwierzyłam w obietnice. Dzieci się ucieszyły.

Kot się ucieszył.

Sąsiedzi nawet nie pytali gdzie byłam te kilka miesięcy.

A teraz widzę że przegrałam walkę. Nic się nie zmieniło, obietnice były tylko na krótko. 

Nie mam siły ani ochoty na nic.

Do tego pandemia i to co się dzieje dookoła.

Nie mam siły naprawdę. 

Z dnia na dzień jest coraz trudniej wstać w ogóle. 

Nic nie smakuje i nie cieszy 

Nie chce mi się sprzątać, gotować, jeść.  Nawet do pracy nie chce mi się chodzić. 

Sama siebie przekonuję, że jeszcze żyję, że warto, że  mam  dla kogo ale przecież widzę, że tak naprawdę gdybym już sobie spokojnie umarła, to pewnie dzieci popłaczą, pewnie nieraz może wspomną, ile razy z wściekłością, że matka taka była bezsilna, bez charakteru, bez woli. Ale przecież mają swoje życie i tak powinno być. 

Witamy deprechę. Poszła tylko na chwilkę.


sobota, 10 października 2020

Sądny dzień

 Kot Miglanc. Wielka miłość całej rodziny. 

Środa. Jestem w pracy. Nagle dzwoni zryczana Młoda, że mam wracać bo Miguś nie jest w domu. Ani nawet na balkonie. Miguś jest na drzewie przy domu, na najwyższej gałęzi. I trzyma się łapami i miauczy i nie umie zejść. I wracaj i pomóż. 

No przecież co ja mogę, na drzewo nie wejdę. Bo niby jak. No i z pracy nijak nie mogę wyjść.

Może straż pożarna? Odpada. Czytam w necie, nie bardzo lubią po koty przyjeżdżać a nawet jeśli już to przecież każą czekać co najmniej 12 godzin. Bo może zejdzie. Jak zejdzie, jak nie ma takiej opcji. Kot domowo-balkonowy. Niewychodzący. Z pierwszego piętra rodem. Drący ryja.

Ona ryczy, kot drze się dalej, oglądam filmik który mi wysłała. Faktycznie niewesoło. Stary na kursie, Młody w szkole. 

To może drabina. Sąsiad z synem próbują. Za krótka...

Dalej czytam. Że nie zejdzie bo pazury jakoś tak się wbijają podobno że ciężko zleźć. Ale że trzeba być kreatywnym. Może jakiś podnośnik jest w okolicy...

Czytam że może firmy od prac na wysokości. To szukam. Studenci taternicy, mycie okien w wieżowcach i te sprawy. Znajduję firmę. Dzwonię. Nie, paaaani, ja się takim czymś nie zajmuję...to pytam a może zna pan kogoś. Kolegę może?  

No i na szczęście zna. Przysyła numer. 

I bingo. Kolega jest chętny, jest też blisko i w sumie ma czas, będzie do godziny. Uffffff.

Przyjechał, w pięć minut wlazł na drzewo, kota do worka, worek z kotem przejął Młody co wrócił w międzyczasie że szkoły...pan chciał dwie dyszki, dostał 5 i jeszcze do mnie zadzwonił że przeprasza ale ta młoda Pani się uparła że jakie dwie dychy, że ma tylko 5 no i za paliwo ma wziąć chociaż. 

I że kot fajny, że on ma swoich cztery i jakby co, to on może znów przyjechać i kota ściągnąć. 

Jak wróciłam z pracy, kot na żarty odsypiał stres. 

A ja z Młodą na nasz stres obaliłyśmy wieczorem winko.

No normalnie dwa lata łazi po tym balkonie, skacze po parapecie i barierkach a tu takie coś??? Czy to tłusta dupa przeważyła czy stara barierka się wykruszyła tak że spadł? Czy skoczył  czy co?

Na razie nie wypuszczamy go na balkon wcale choć się domaga. Trudno. 



poniedziałek, 5 października 2020

Zmęczona

 Jestem zmęczona. 

Kiedy przypominam sobie jak kilkanaście lat temu kwitło życie i blogowe i pozablogowe to przychodzi mi do głowy pytanie skąd miałam, miałyśmy tyle siły.

Teraz jednak wiek swoje chyba zrobił.

Doświadczenia.

Poza tym mnie właśnie mocno dopada franca menopauza, poza wciąż delikatnie ćmiącym na obrzeżach świadomości lękiem przed koronawirusidłem.

Całe życie byłam zmarźlakiem a teraz co i rusz zamieniam się w piec hutniczy. Aż mi okulary parują...gorąco aż ze mnie bucha. A za chwilę już zimno. 

Idzie jesień a ja z utęsknieniem czekam na zimne dni... ciężko w to uwierzyć ale właśnie tak.

Chciałabym popisać ale nie wiem nawet od czego zacząć. Cieszę się bardzo że powoli znajduję dawne blogowe znajomości bo jednak przez te lata człowiek się przywiązał, pamięta.

Mnie się to blogowe życie przełożyło na realne. Mam dzięki bloxowi Najlepszą Przyjaciółkę a nawet już można powiedzieć że rodzinę, bo zostałam nawet Matką Chrzestną jej (no i w sumie mojej przez to też) Córki. Słodkiego, ślicznego, mądrego Dziecięcia.

Kochanego przez całą moją rodzinę tj. dzieci moje rodzone i Wujcia czyli mojego męża (wciąż tego samego ;-)

Mamy też od dwóch lat kolejnego Kota który przyszedł i został i okręcił sobie wkoło Pazura nawet właśnie tego mojego... który zresztą nie chciał ponoć kota a teraz kłamie, że ten kot to właśnie do niego przyszedł ;-)))

Nie mamy za to już żadnych Babć ani Dziadka ale to jest zbyt bolesny temat na dzisiejszy wpis. Może kiedyś...


niedziela, 27 września 2020

Wracam

 Po wielu latach wracam do blogowania.

Zmiany są na każdym poziomie i w każdej kwestii. 

Kiedyś był stary komputer a teraz człowiek może blogować nawet w wannie bo ma telefon, który jest wszystkim, poza telefonem jeszcze  komputerem, bankiem, telewizorem, kinem, aparatem, kamerką i centrum łączności z daleką rodziną.

Więc w sumie fajnie. 

Jesień powoli nadchodzi, będzie co robić w długie wieczory. 

Żyję. 

To najważniejsze.

Witam wszystkich znajomych. 

Co u Was?

Żyję żyję 😀

 Trochę mnie nie było gdyż walczyłam dzielnie. Poszłam do lekarza, kazał wrócić na leki i już jest ok.  Kiedy sertralinka zaczyna działać w ...